2. po raz chyba pierwszy w życiu jestem zakochana tak na serio
prośba: czy ktoś mógłby zrobić coś z moim layoutem, coś prostego, żeby wyglądał przyzwoicie i się nie rozciągał
![]() | You are viewing Log in Create a LiveJournal Account Learn more | Explore LJ: Life Entertainment Music Culture News & Politics Technology |
Jako że zwaliłam konkurs wiedzy o filmie, znów zwróciłam się w stronę literatury. Obrazowo to ujmując: rzygam już książkami o filmach, teori filmu, reżyserach itd. A prawdziwej książki w tym roku nie przeczytałam, Tzn, teraz już tak, ale od 1 stycznia do 22 kwietnia, była prawdziwa susza. Jedyne co skończyłam to tomik Herberta i Króla Edypa, no ale sorry, to się nie liczy.
Ale ale!
W środę (dokładnie 22 kwietnia) przypomniałam sobie, ze miałam sobie kupić najnowszą książkę Chucka Palachniuka. Oczywiście, w moim portfelu miałąm siedem złotych,bo dzień wcześniej poszłam do Szuflandii z Karoliną i całą kasę przewaliłam na piwo z sokiem. Lecz od czego są biblioteki? W najbliższej filii miejskie biblioteki numer któryś tam, Chucka nie było, ale za to była Sylvia Plath, a dokładnie jej „Szklany klosz”, który przeczytałam w dwa dni (a wcześniej żadnej zaczętej książki po prostu nie mogłam skończyć, jakbym miała wstręt fizyczny do liter) i który bardzo mi się podobał. Ale nie o niej miałam pisać. Wczoraj (czyli w sobotę) zamiast na angielski, pojechałąm do książnicy i szukałam materiałów do prezentacji maturalnej, którą musze w tym semestrze przygotować (standardowo, wszystko do czytania na miejscu, witajcie godziny siedzenia w czytelniach tego budynku). Z książnicy przejechałam się do następnej filii biblioteki miejskiej i o to: miałam w rękach najnowszą książkę Palachniuka – „Dziennik”. Szczerze mówiąc, nie wiem czy jest on dobrym pisarzem, naprawdę nie umiem tego określić, tak jak nie umiem określić, czy kto jest dobrym aktorem. Oczywiście umiem odróżnić gówno od czegoś dobrego, ale jeśli coś jest na poziomie powiedzmy normalnym, nie wybitnie dobrym, nie wybitnie złym, to nie wiem co o tym powiedzieć. Nie będę też opisywać jego nowej powieści, mi się podobała, jak chcecie to przeczytajcie sami.
Ale do meritum! Problem nurtujący mnie od jakiegoś czasu, to to, czy pisanie pod wpływem alkoholu, narkotyków itd., nie jest oszustwem czytelnika (czy też ogólnie odbiorcy – to się tyczy każdego rodzaju sztuki – malarstwa, filmu, rzeźby itd.) bo właściwie nie piszesz/robisz tego sam, ale z pomocą. I to tak niską jak proste związki chemiczne, to jest po prostu banalne, bo przecież każdy może się naćpać i pisać, jest to problem dla mnie dalej nie rozwiązany, bo na przykład, jak do tego mają się choroby psychiczne? Przecież jeśli człowiek jest nienormalny, to to co robi nie powinno być oceniane w tych samych kategoriach co ludzi zdrowych na umyśle.
Tak więc nie wiem co o tym myśleć, czy sztuka powinna być czysta, wolna od wszelkich „ulepszaczy” czy też taka sztuka po prostu nie może istnieć. Dla mnie jedyną używką dozwoloną powinny być papierosy, bo pomijając raka i to wszystko, nie powodują zmiany świadomości (tylko nie podawajcie mi przykładu, tego, że człowiek w nałogu myśli tylko o papierosach, to do mnie nie trafia).
I tu pojawia się magia pana Chucka i literatury/sztuki w ogóle. Niepytany o zdanie sam podnosi rękę. Ja! Wybierz mnie! Zdaje się krzyczeć w pierwszej ławce! I mówi.
"Paradoks bycia zawodowym artystą. Tego jak spędzamy życie na próbach wyrażenia siebie, ale nie mamy nic do powiedzenia. Chcemy, żeby twórczość była jakimś układem przyczyn i skutków. Rezultatów. Towarów. Chcemy, żeby pracowitość i dyscyplina przyniosły uznania i nagrody. Wprzęgamy się w kierat szkoły artystycznej, walki o stopień magistra sztuk pięknych, i pracujemy, pracujemy, pracujemy. Przy wszystkich naszych znakomitych umiejętnościach nie mamy nic szczególnego do zakomunikowania. Według Petera nic nas tak nie wkurza, jak kiedy jakiś naćpany narkoman, śmierdzący leń albo śliniący się zboczeniec tworzy arcydzieło. Ot tak, od niechcenia.
Jakiś kretyn, który nie boi się powiedzieć, co naprawdę kocha.”
wczoraj, czyli w sobotę o 21:30 w szczecińskich 13 muzach, kto tam był, ten wie gdzie to jest, odbył się slam poetycki (jak się okazało, nagroda główna: 200 pln). oczywiście jak to artyści mają w zwyczaju cała impreza miała pół godzinny obsuw, w trakcie którego skorzystałam nielegalnie (darmowo) z toalety za trzy złote i wypaliłam kilka równie nielegalnych (dla mnie) papierosów.
gdy już miało się zacząć, okazało się, ze poeci mają się zarejestrować, więc kolejne kilka minut sierdziłam na ławce przed sceną i zastanawiałam się, co ja tam robie i dlaczego jestem sama (standardowo, w ostatniej chwili wszyscy nie mogli przyjść, a ja byłam już na bramie portowej i nie chciało mi się wracać, więc poszłam sama, jak rasowy wyrzutek społeczeństwa).
wreszcie gdy zaczął się cały ten slam, i gdy wysłuchałam kilku początkujących szczecińskich poetów , i ich żali (nie wiem dlaczego w każdym ich wierszu pojawiło się słowo „dresiarz” w złym znaczeniu, ale o tym będzie inna notka), stwierdziłam, że dlaczego ja bym nie miała wziąć udziału, tak więc, zgłosiłam się do pana organizatora i poprosiłam go, by mnie wpisał na listę.
wyobraźcie sobie: ja stoję na scenie, podałam im tylko imię, reszta występowała pod nazwiskami, pan prowadzący do mnie: no to Ewka, powiedz coś o sobie, kiedy ostatnio odbywałaś stosunek seksualny?
ja: nigdy.
prowadzący: to znaczy z meżczyzną.
ja: nigdy.
sala: cisza i zdziwienie.
zmieszany prowadzący: no to powiedz swój wiersz.
ja: JESTEM PRAWDZIWĄ ARTYSTKĄ. WYSZŁAM NA SCENE, BO CHE MIEĆ TE DWIE STÓWY.
(ja: ukłon)
sala : jeszcze większe zdziwienie, tylko jeden pan załapał ironię i zaczął się śmiać.
organizator – zbulwersowany, jak mogłam tak zakpić z tej wielkiej imprezy.
ja: wewnętrzny śmiech, teraz nie lubi mnie cały artystyczny szczecin, a ja nadal sadzę, ze wszyscy artyści to prostytutki.
pieniędzy nie wygrałam, o 23:20 byłam grzecznie w domu.